poniedziałek, 11 października 2010

Znak czasu?

Mała refleksja po zakupach w Decathlonie: kółko do kręcenia zadkiem z nieznanych mi przyczyn zwane "hula-hop", czyli kawałek zawiniętej plastikowej rury (20 zł! o.O) na etykietce ma napis "Made in France".
Hm, dwa laptopy i całe tony elektroniki w moim domu wyprodukowano w Chinach - nic nowego, prawda?
Oczywiście, ten kraj już od dawna jest gigantem światowej gospodarki i chyba już tylko kompletnie odklejeni od rzeczywistości ludzie postrzegają go jako źródło taniej siły roboczej zajmującej się kleceniem w szopach krzywych, rozpadających się zabawek. Połączenie olbrzymiej produkcji z wielkimi zasobami finansowymi, rozdawaniem kart na rynku metali ziem rzadkich, niewyobrażalnym zapotrzebowaniem na energię itd., a także wciąż niejasnej w perspektywie nadchodzących dziesięcioleci sytuacji społecznej daje mieszankę, której nie można się nie obawiać. Ale to wciąż są sprawy, wydawałoby się, oczywiste.

Nie wiem dlaczego, ale to dzisiejsze zestawienie plastikowego bzdeta z produktami hi-tech z kraju kojarzącego się niegdyś raczej z tym hula-hop jakoś nie nastroiło mnie pozytywnie. Czy jesteśmy skazani nieodwołalnie na taką zamianę ról? W kontekście przejęcia polskiej fabryki Della przez Foxconn to wcale nie jest takie niewyobrażalne. Mam wrażenie, że chińscy podwykonawcy amerykańskich firm produkują dla nich towar (i to w Europie) chyba już tylko z grzeczności. I kto tu jest tanią siłą roboczą?


  

piątek, 3 września 2010

Jak osiągnąć sukces w social media?

Każdy zna się na mediach społecznościowych, a w każdym razie większość z tych, którzy z nich korzystają. Przecież to prostsze niż medycyna czy prawo, a nawet niż piłka nożna. Skoro gram w "Farmville" na Facebooku i wrzucam regularnie zdjęcia spod piramid (obowiązkowo na quadzie) na nk.pl, to chyba wiem o czym mówię.

Ba, ale wakacje się skończyły i czas zarobić na życie, a ja mam przecież firmę, sprzedaję ubranka dla dzieci, a dzieci przecież każdy lubi. Wszyscy mówią, że trzeba działać w serwisach społecznościowych, szczególnie na Facebooku, to chyba czas wziąć się do roboty. Od czego by tu zacząć? Słyszałem, że Twitter jest taki popularny, ale tam po angielsku trzeba pisać... O, ktoś mi mówił, że Blip to taki polski Twitter, to może tam zacznę? 

No, profil już mam - oto on:


Wygląda na to, że nawet ktoś o mnie zaczął pisać :))



poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O jednym takim, co sieć ukradł

Bardzo interesujący news właśnie znalazłem na Internet Standard - admin sieci municypalnej San Francisco został skazany za swoiste "przechwycenie" tejże sieci (najwyraźniej jako formy szantażu wobec byłego (?) pracodawcy).
Mój przyjaciel*, z którym zresztą miałem przyjemność pracować w kilku firmach, powiedział kiedyś (a obaj pracowaliśmy wtedy jako administratorzy systemów), że adminom płaci się w pierwszej kolejności za lojalność, w drugiej za dyspozycyjność i dopiero w trzeciej za wiedzę. Zawsze się z tym w pełni zgadzałem, a wyżej cytowany przykład tylko to dobitnie potwierdza. Cóż, administratorzy systemów informatycznych w instytucjach publicznych, finansowych, w służbie zdrowia, wojsku i kilku jeszcze instytucjach powinni chyba przechodzić  jednak przez dodatkową weryfikację dotyczącą właśnie uczciwości i lojalności. Czy ktoś mam wiedzę o tym, czy gdzieś poza policją i służbami specjalnymi taką weryfikację się prowadzi?

Oczywiście innym problemem są administratorzy prywatnych sieci i serwerów, którzy często są po prostu idiotami (vide znany powszechnie w branży internetowej właściciel Kurnika - http://www.kurnik.pl/blog/?20090806), ale na to paragrafów nie ma... Swoją drogą myślałem, że to poważniejszy człowiek.


* - pozdrowienia Grzechu :)



czwartek, 29 lipca 2010

Fotograficzni analfabeci

Tak sobie oglądam różne zdjęcia na Flickr i po raz kolejny widzę, że z internautami jest gorzej niż z telewidzami (bo telewidzowie w swej masie są odmóżdżeni, ale przynajmniej nie piszą...) Miliony zdjęć, w jakichś 80 procentach o niczym, nadętych, niepoprawnych technicznie, a wręcz badziewnych, ale przy dużej części tego badziewia achy i ochy (czasem ich dziesiątki) o jakimś klimacie, sztuce, genialnym zdjęciu etc. Ludzie, te zdjęcie są przeważnie tak nędzne, że wstyd je oglądać, a co dopiero je chwalić!
To, że zdjęcie jest np. tak ciemne, że ledwo można rozpoznać obiekt, a przy tym ma białą poświatę z boku i szarą "mgiełkę", to oznacza, że autor po prostu nie ma zielonego pojęcia o technicznym aspekcie fotografowania i słowo "ekspozycja" nie należy do jego słownika, a nie o jakimś wyimaginowanym klimacie. Jeśli dodać do tego widoczny na pierwszy rzut oka brak pojęcia o zasadach kompozycji, to znaczy, że uciekał z lekcji plastyki w podstawówce, a nie o jego artystycznej wizji.
Świetna funkcjonalność i wielkość Flickra sama w sobie powoduje problemy, bo tak na pierwszy rzut oka jest to po prostu gigantyczny śmietnik, choć faktycznie daje się go po jakimś czasie nieźle ogarnąć. Mam tutaj jednak skromny apel do tych, którzy naprawdę chcą fotografować, a nie pstrykać bzdety: jeśli chcecie się nauczyć robić dobre zdjęcia, to serwisy typu Flickr czy Picasa są ostatnim miejscem, gdzie się tego nauczycie. Są inne, wyspecjalizowane serwisy fotograficzne, gdzie znaleźć można rzetelny, sensowny (przeważnie) i fachowy (często) komentarz do własnych zdjęć. Nie mówię, żeby nie korzystać z wyżej wymienionych, ale o to, żeby myśleć co i gdzie się umieszcza.

No i mam już temat do kolejnej notki, bo opowieść o tym który serwis tego typu jest najlepszy to dłuższa bajka :)


PS.: z drugiej strony, czy można wymagać od kogoś, kto swoje gołe cycki z pijackiej imprezy umieszcza na nk.pl, żeby rozważnie korzystał z witryn fotograficznych...?



niedziela, 25 lipca 2010

Jak zaspokoić jego boga za ciężkie przestępstwa?

Znalazłem genialny opis gry. Muszę ją mieć! :)
Zbuduj imperium, z jego więzy chacie! Się w rolę cesarza 300-letnia stary przeklęty żyć bez jego prawdziwej miłości, dopóki nie zaspokaja jego boga za ciężkie przestępstwa. Zbieraj surowce, nowe narzędzia badawcze i budować większe i lepsze hotele jak dbać o ludzi i przyciągnąć nowych mieszkańców do krotnie. Wyposażony wybitne grafiki i zapierające dech w piersiach ocena, Settlement: Colossus jest tak epickie jak to jest ekscytujące!
Nie ma chyba tygodnia, żebym nie dostał jakiejś fajnej oferty biznesowej z Chin czy innego Tajwanu tłumaczonej translatorem, ale to mnie naprawdę ubawiło - chyba głównie dlatego, że taki opis wrzuciła jakaś Polka na swoją stronę. Matołectwo postępuje  :)



poniedziałek, 5 lipca 2010

Król Dawid kulturowo obcy

To, o czym chcę dzisiaj napisać, to sprawa sprzed kilku miesięcy, ale niektóre rzeczy po prostu nie mogą pójść w zapomnienie i tak jak dzisiaj się śmiejemy ze starych kronik filmowych o podstępnie zrzuconej stonce ziemniaczanej, tak za kilka lat będziemy kręcili ze zdumieniem głowami, że przyszło nam żyć wśród takich baranów... Uznaliście, że sprawa z Teletubisiami pobiła rekord głupoty? Ha, akurat ta przypadłość jest niezmierzona :) Oto, co rozłożyło mnie na łopatki w maju 2007 roku (kiedyś zamieszczałem link do tego artykułu, ale ponieważ nie ma go już dzisiaj w sieci, a mam jego kopię, to pozwalam sobie ją tu wkleić): 


MAŁGORZATA SZLACHETKA, LUBLIN / Gazeta Wyborcza nr 114, wydanie waw z dnia 17/05/2007 Z DRUGIEJ STRONY, str. 2
Obcy kulturowo król Dawid

U nas powinno się stawiać pomniki Polakom, osobom kulturowo nam bliskim - mówi Włodzimierz Hawrot, radny PiS z Zamościa. Obcy kulturowo jest dla Hawrota król Dawid, współautor Księgi Psalmów.

Wysoki na trzy metry pomnik Dawida Psalmisty ma być odsłonięty w sobotę. Stanie w centrum Zamościa, przed Bramą Lubelską Nową. Zgodę wydała już rada miasta. Za pomnikiem pogromcy Goliata, drugiego króla Izraela i jednego z autorów Biblii, było 15 radnych. Siedmiu się wstrzymało (wszyscy z PiS), a Włodzimierz Hawrot, też z PiS, był przeciw.

- Czy pani słyszała, żeby w Izraelu Polakowi wystawiali pomniki? - powiedział "Gazecie" Hawrot.

Jego zdaniem to błąd, że nie było społecznych konsultacji. Na odsłonięcie pomnika nie przyjdzie, bo ma inne plany. Zastrzega: - Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie jestem antysemitą, ale przypuszczam, że są opory różnych środowisk i organizacji młodzieżowych. Co będzie, jeśli jakiś pijany chuligan obleje pomnik farbą? Wszyscy powiedzą, że w Zamościu jest antysemityzm.

Obawy radnego Hawrota nie są bezpodstawne. Przeciw pomnikowi zaprotestowały już dwa stowarzyszenia: Mieszkańców Spółdzielni Mieszkaniowych "Wspólna Sprawa" i Obywatelskie Stowarzyszenie Uwłaszczeniowe. W piśmie do rady miejskiej argumentowały, że "tolerancja ma granice".

Ryszard Wichorowski, przewodniczący Ruchu "Solidarni w Wyborach", pytał radnych, czy nie ma już rodzimych autorytetów, którym można stawiać pomniki. Przekonywał, że "człowiek myślący po polsku" nie poparłby takiej inicjatywy.

Prezydent miasta Marcin Zamoyski odparował, że takie argumenty przypominają mu atmosferę marca 1968 r. Jest za pomnikiem: - Zamość od początku był miastem wielokulturowym i znanym z tolerancji. Przez ponad 400 lat żyli tutaj obok siebie Polacy, Żydzi, Ormianie, Niemcy i Rosjanie. Poza tym miastu przybędzie znakomite dzieło sztuki - powiedział wczoraj "Gazecie".

Pomnik - dzieło prof. Gustawa Zemły - sfinansowała Fundacja dla Upamiętnienia Obecności Żydów w Dziejach Polski "Karta z Dziejów". Fundacja stawia pomniki w miastach, w których przez wieki obok siebie żyli Żydzi i Polacy. W 1995 r. fundacja postawiła Pomnik Dekalogu w Łodzi. Przedstawiał Mojżesza niosącego kamienne tablice z dekalogiem. W 2004 r. w Szydłowie, w murach VII-wiecznej synagogi umieszczono 18 płaskorzeźb ze scenami ze Starego Testamentu. - Wszystkie prace nawiązują do Starego Testamentu, a ten jest ważny dla kultury chrześcijańskiej. Nie zapominajmy, że Chrystus również był Żydem - przekonuje wiceprezes fundacji Andrzej S. Mauberg.

- W trakcie 16-letniej działalności nie spotkaliśmy się z protestami, dlatego teraz byliśmy bardzo zaskoczeni - dodaje Elżbieta Moczarska z rady fundacji.

Piotr Kadlcik, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie: - Nie potrafię zrozumieć, dlaczego postać biblijnego króla wzbudziła takie kontrowersje. Protestujący zapomnieli nauki Jana Pawła II. Pierwszego papieża, który powiedział, że antysemityzm jest grzechem. Jeśli król Dawid jest niewygodny, to powinno się usunąć Psalmy Dawidowe z chrześcijańskiej liturgii.

MAŁGORZATA SZLACHETKA
LUBLIN





A nie mówiłem, że to się nie może zmarnować? Any comments? :)
[Opublikowane pierwotnie 2007-05-30]

czwartek, 20 maja 2010

Dlaczego niekumaci zajmują się social media?

Wydawało się, że ktokolwiek kto zajmuje się internetem, serwisami społecznościowymi, PR-em czy marketingiem na każdym kroku napotyka przykłady "kulawych" działań w dziedzinie social media i apele o zmianę sposobu komunikacji, a takie przykłady to przecież świetne źródło edukacji. Niestety, to tylko niektórym się tak wydaje, inni są nie tylko niereformowalni, ale i ślepi najwyraźniej. Tym razem do grona kompletnych nieudaczników (i co gorsza, chyba niestety tych "niezłomnych") dołączyła ekipa agregatora Blogbox (czyli de facto wydawca "Wprost", bo przecież się tym podpierają). 

Blogbox zafundował sobie niedawno zajefajną promocję wśród internautów: chyba przez cały okres istnienia tego serwisu tyle o nim nie napisano w blogosferze, co przez ostatnie dwa tygodnie, bo jakiś matołek po prostu... nie przedłużył domeny (!). Nie jest przy tym istotne, czy to było gapiostwo, tępota, czy jakieś tam wewnętrzne gierki wydawcy - faktem jest, że przez dwa tygodnie bodaj jedyny już polski agregator blogów (po zamknięciu Blogfroga i wcześniej kilku pomniejszych konkurentów) był niedostępny dla internautów, w tym tysięcy ludzi, którzy zostawili w nim swoje dane rejestrując się. Żałosny był fakt wygaśnięcia domeny, żałosny był brak jakichś działań PR, które tłumaczyły by jakoś tę wpadkę (albo były tak nędzne, że nikt tego nie zauważył), ale już prawdziwe zdumienie budzi fakt, że gdy domena i serwis odżyły, to nikt z redakcji (nie wiem, czy warto takiego określenia w ogóle używać) nawet się nie pofatygował, że bąknąć choćby krótkie "przepraszamy". To nie jest tylko bezczelność, ale i po prostu bezmyślność. Bardzo złe świadectwo wystawia to również właścicielowi i dziwi mnie również, że i AWR Wprost Sp. z o.o. nie zajęła stanowiska w tej kwestii. Jeśli się mylę, to proszę o sprostowanie, ale w takim razie czy ktoś może wskazać mi odpowiedniejsze miejsce na posypanie głowy popiołem niż blog redakcyjny (http://www.blogbox.com.pl/blog/blogbox)? Niestety, "Redakcja Serwisu Blogbox" potrafi najwyraźniej pisać na tym blogu tylko jakieś bzdety o kodeksie blogerów. W kontekście ostatnich dwóch tygodni - żałosne do kwadratu. Może by zrobić jakąś ściepę na kurs z podstaw social media dla panów/pań z Blogboksa? Wszak - cytując ich hasło przewodnie - warto wiedzieć.

sobota, 8 maja 2010

Mandat - ciąg dalszy

Być może niektórzy pamiętają, jak niemal pół roku temu (sic!) opisywałem swoje perypetie z mandatem i przemyślenia na temat biurokracji (dla przypomnienia: http://www.helaq.net.pl/2009/11/mandat.html)

Jeśli myśleliście, że to już koniec tej zabawy, to gruuubo się myliliście :) Ciąg dalszy miał miejsce gdzieś w październiku: dostałem zawiadomienie o rozprawie w jakimś sądzie na drugim końcu Polski (na którym nota bene nawet było coś nabazgrane, że obecność nieobowiązkowa). Po kolejnych kilku tygodniach przyszło info o drugiej rozprawie - znowu nie miałem zastrzeżeń, a potem przyszedł pocztą Wyrok. Był już bodaj przełom listopada i grudnia, więc pokiwałem tylko w zadumie głową nad sprawnością Wymiaru Sprawiedliwości (przy takiej skuteczności działania nie godzi się tego pisać z małych liter). Sprawa ucichła.
I nagle wczoraj, po ponad 10 miesiącach ciężkich bojów prawnych otrzymałem wezwanie do uiszczenia opłat w wysokości 280 zł łącznie (w tym 80 zł koszty postępowania sądowego). Tym razem ogarnęła mnie nie zaduma, nawet nie zdumienie, tylko niemal radość...

...niemal rok czasu na taki bzdet, czy to nie jest jakieś kuriozum?





[opublikowane pierwotnie 07.03.2008]

wtorek, 20 kwietnia 2010

Zimowy Agile Tuning 2010 - wystąpienie Nigela Bakera

W poprzedniej notce nt. "Zimowego Agile Tuningu" zadeklarowałem, że wrzucę tu materiały z tej imprezy, gdy będą dostępne, niestety jak do tej pory jedynie wspomniany poprzednio Andrzej Brandt zamieścił na swoim blogu film z prezentacją Nigela Bakera "10 things that Scrum Masters should know (but probably don't)". Ponieważ nie tylko w mojej opinii było to najlepsze wystąpienie na ZAT, to - za zgodą Andrzeja - zamieszczam poniżej ten film. Enjoy :)
Swoją drogą wciąż liczę na to, że inne materiały ujrzą jednak światło dzienne :)

piątek, 9 kwietnia 2010

Postrzeganie społeczności internetowych przez pracodawców

Poniższy post jest nieco okrojoną wersją mojego wpisu na oficjalnym blogu Profeo. Jakkolwiek temat jest mocno związany z profilem i tematyką Profeo, to jednak zagadnienie jest na tyle ciekawe i spójne z wcześniej przez mnie wyrażanymi wątpliwościami na temat postrzegania internetu przez spory odsetek ludzi w XXI w., że postanowiłem również tutaj o tym napisać.

Kilka tygodni temu firma Manpower opublikowała raport "Portale społecznościowe z perspektywy pracodawców" i o ile wnioski z tego raportu wydają się (przynajmniej dla osób śledzących tę tematykę) dość oczywiste, to sądzę że warto odnieść się do spojrzenia pracodawców z perspektywy serwisu społecznościowego właśnie :)

Pewnego rodzaju abstrakt z podsumowania (swoją drogą to piękne, nieprawdaż? :)) można przeczytać np. na Interaktywnie.com, ja - nie chcąc powielać tamtego tekstu - zamierzam jedynie odnieść się do kwestii, które mnie zastanawiają jako osobę, która od kilkunastu lat działa w branży internetowej, a od kilku współzarządza jednym z takich serwisów.

Zacząć może należałoby od tego, że (jak to w badaniu globalnym) odnosi się ono w zasadzie do trzech czołowych serwisów o charakterze społecznościowym (Facebook, Twitter i LinkedIn), z których każdy ma nieco inny charakter: o ile dwa pierwsze są doskonałymi narzędziami do komunikacji i kreowania wizerunku przez pracodawców, to już LinkedIn raczej wykorzystywany jest (przynajmniej w Polsce) jako platforma do prezentacji osiągnięć osobistych pracowników (poza oczywistym mnóstwem innych funkcji).

Interesujące jest to, że obawy wyrażane przez pracodawców w zasadzie są podobne w różnych krajach (spadek produktywności, niebezpieczeństwo wycieku własności intelektualnej etc.), ale nie pokrywa się to już z konkretnymi działaniami firm. Wynika to ewidentnie ze znikomej świadomości czym w ogóle są społeczności w Internecie, bo jak inaczej wytłumaczyć, że zaledwie 1% badanych w Polsce deklaruje posiadanie jakiejkolwiek polityki dot. korzystania przez pracowników z serwisów tego typu wobec blisko 30% badanych w Ameryce (przy czym podejrzewam, że wrzucenie do jednego worka USA z krajami Ameryki Południowej znacząco zaniża te dane)?
O ile nad powyższym można tylko westchnąć z żalem, to inna informacja budzi wręcz obawy o przyszłą innowacyjność i konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, a mianowicie chodzi o fakt, że zdecydowana większość pracodawców (ponad 60%) pytanych o to, jakie dziedziny biznesu mogą być z sukcesem wspierane przez portale społecznościowe, nie widzi takiej sfery ich działalności!

Rozumiem ten tok myślenia, choć absolutnie się z nim nie zgadzam: nie jest sztuką bać się wykorzystania serwisów społecznościowych przez pracowników (również w godzinach pracy), nie jest sztuką również po prostu zabronić z ich korzystania i ignorować ich istnienie. Jest tu ogromne pole do popisu dla działów HR i PR tych organizacji, bo tę aktywność można wszak w pewnym stopniu skanalizować i wykorzystać. Nie jest to wprawdzie proste, ale jest możliwe, na co dobitnie wskazują działania wielu marek (nie tylko globalnych) na gigantycznym Facebooku, serwisach mikroblogowych czy choćby w Profeo.

Jak na zawołanie, publikacja raportu do którego się cały czas odnoszę zbiegła się w czasie z organizowaną przez Pracuj.pl konferencją HRCamp, której Profeo było patronem medialnym. O samej konferencji innym razem, dzisiaj chciałbym tylko zacytować Jacka Gadzinowskiego, jednego z prelegentów na tej konferencji, bo idealnie "wstrzelił się" w nieuświadomione potrzeby wspomnianych wyżej 60% polskich przedsiębiorców, którzy nie widzą możliwości wykorzystania potęgi i popularność społeczności internetowych. Otóż stwierdził on m.in., że wizerunek firmy budują w dużej mierze jej obecni i byli pracownicy aktywni w serwisach społecznościowych, a ich zaangażowanie w budowanie marki pracodawcy jest kluczowe dla powodzenia tego procesu. Dodam od siebie, że staje się to zrozumiałe nawet dla osób nie korzystających z tych mediów, jeśli szybka kalkulacja wskazuje na kilka milionów Polaków w wieku produkcyjnym podejmujących aktywność w tzw. socialmediach. Jeśli dodać do tego jak najbardziej prawdziwe u progu drugiej dekady XXI w. twierdzenie, iż brak strategii obecności firmy w mediach społecznościowych niesie ryzyko kryzysu wizerunkowego, to wtedy puzzle z ww. raportu i konferencji układają się w spójną całość. Oczywiście nie jest to jedyny sposób wykorzystania popularności serwisów społecznościowych (wystarczy wspomnieć choćby czysto komercyjną działalność prowadzoną przez niektóre firmy na Twitterze), ale opisanie tu wszystkich aspektów funkcjonowania biznesu w społecznościach zdecydowanie przekroczyłoby ramy jednego krótkiego artykułu.

Na temat roli Profeo w tym zagadnieniu pisałem w oryginalnym artykule.

Pełne podsumowanie raportu można pobrać ze strony: Portale społecznościowe z perspektywy pracodawców -  podsumowanie wyników


czwartek, 25 marca 2010

Zimowy Agile Tuning 2010

W minioną sobotę odbył się w krakowskich Przegorzałach Zimowy Agile Tuning, w którym miałem przyjemność uczestniczyć (jako słuchacz). Nie mam zamiaru opisywać szczegółowo tej konferencji, bo raz, że to nie moje zajęcie, dwa że pewnie w kilku innych miejscach będzie można o tym przeczytać, a trzy że to po prostu jest zazwyczaj nudne :) Nie mogę się jednak powstrzymać, aby nie podzielić się kilkoma spostrzeżeniami.

Zacznę od dwóch rzeczy, które w mojej opinii powinny ulec zmianie. Pierwsza to nieistotny w gruncie rzeczy drobiazg, aczkolwiek na miejscu organizatorów bym go jednak przemyślał: nazwa wydarzenia. Jaki to "zimowy" ten event, skoro odbywał się ostatniego dnia kalendarzowej zimy, a akurat tego dnia temperatura w Krakowie skoczyła do niemal 20°C? Ptaki śpiewają, ludzie w samych marynarkach i swetrach (wszak to informatyczna impreza), a tu nas zimą straszą ;)
Druga kwestia, znacznie istotniejsza, to termin, a konkretnie dzień tygodnia. Sobota to definitywnie nie jest dobry dzień dla, jak mi się wydaje, większości ludzi pracujących zawodowo. Po całym tygodniu tyrania ku chwale, weekend jest jedynym okresem, kiedy można zjeść  z rodziną obiad, pójść z dzieckiem na basen, czy po prostu pobyczyć się przed telewizorem. Rozumiem, że zapisało się trochę studentów (co widać było po znikających jak Nowy Orlean podczas huraganu Katrina herbatnikach w holu), ale z pobieżnych obserwacji wnioskuję, że większość uczestników już dawno nie mieszka w akademikach. Z doświadczenia przy tym wiem, że firmy zazwyczaj nie robią pracownikom problemów odnośnie udziału w wartościowych, merytorycznych konferencjach. To tyle w kwestii czepiania się, pora na pozytywy, a tych nie brakowało (no dobra, była jeszcze jedna, beznadziejna prezentacja, ale nie będę kopał leżącego, wystarczy że i tak chyba nikt tego nie słuchał, a pytań również nie było, bo było przeraźliwie nudno).

A. Brandt twituje
Interesujący jest moim zdaniem pomysł podzielenia konferencji na dwie równoległe ścieżki "Ludzie" i "Rzemiosło" (program ZAT można przeczytać na oficjalnej stronie konferencji), choć niestety nie pozwala on dowolnie wybierać prezentacji, ponieważ ciekawe wystąpienia czasem konkurują ze sobą. Niewiele wprawdzie mogę powiedzieć na temat tej bardziej technicznej ścieżki, bo jakoś - z jednym wyjątkiem - ten program nie zainteresował mnie zbytnio, a i ta jedna prezentacja przegrała w mojej opinii z odbywającym się w tym samym czasie wystąpieniem Markusa Andrezaka z mobile.de. Nie było to z pewnością najlepsze wystąpienie tego dnia (o tym później), ale bardzo dobrze, że temat "The Why and The How of Kanban" znalazł się w programie, bo tematyka Agile jest chyba ostatnio nieco za bardzo zdominowana przez Scrum. O ile jednak ciężko nie zastanowić się nad wątpliwościami wyrażonymi przez Andrzeja Brandta na jego blogu ("What's wrong with Toyota fascination") dotyczącymi zastosowania systemu Kanban w procesie produkcji oprogramowania (choć nie do końca się z nim zgadzam, wszak mowa tu właśnie o jego produkcji), to jednak przypadek opisany przez Andrezaka jest z pewnością wart poznania. Mało tego, opierając się na moich dotychczasowych obserwacjach, sądzę że w niektórych firmach włączenie niektórych elementów Kanban do stosowanej metodyki zarządzania projektem może być interesującym rozwiązaniem.

Nigel Baker sugeruje kochać
swoich Product Ownerów :)
Prawdziwą gwiazdą tegorocznego Zimowego Agile Tuningu był jednak bezsprzecznie Nigel Baker. Jego aktorskie zacięcie świetnie się sprawdziło w trakcie wywodów na temat "10 tips that ScrumMaster should know (but probably don't!)" - wspomniany wyżej A. Brandt nazwał go nawet na swoim Twitterze "Jeremym Clarksonem Scruma". Świetny showman, pełne pasji wystąpienie i mnóstwo mądrych (choć wydawałoby się, że oczywistych) stwierdzeń o roli osób prowadzących zespoły developerskie - powinien to zobaczyć każdy zainteresowany tą tematyką. Ba, tę prezentację powinna zobaczyć i wryć na pamięć większość występujących publicznie: tak powinna wyglądać prezentacja! :)

Mam nadzieję, że dane będzie ją zobaczyć wkrótce online, w każdym razie taką zapowiedź ze strony Jakuba Dziwisza, jednego z organizatorów Agile Tuningu zobaczyłem przed chwilą w swojej skrzynce pocztowej. Podesłał również link do galerii zdjęć z tej imprezy - http://picasaweb.google.com/dziwisz/WinterAgileTuning#. Z pewnością dam znać tutaj, gdy kolejne materiały będą już dostępne w sieci.

Na koniec jedno zdanie podsumowania: jeśli ktoś zastanawia się nad uczestnictwem w następnych edycjach tej imprezy, to 50 zł wpisowego jest bardzo niską ceną za możliwość posłuchania Nigela Bakera, a pozostałe prezentacje dodatkowo podnoszą wartość wydarzenia :)


wtorek, 2 marca 2010

Bastion Poczta cz. 2

W pierwszej części moich wywodów na temat katastrofalnego moim zdaniem działania Poczty Polskiej pisałem o widocznych gołym okiem przyczynach tego stanu rzeczy - oczywiście tych, które dostrzec można z punktu widzenia znudzonego i zmęczonego klienta, bo nie mam ani możliwości, ani wystarczającej wiedzy, aby rzetelnie oceniać całość zagadnienia i jego złożoność. Teraz czas zilustrować to, o czym pisałem wcześniej kilkoma przykładami. Przykładami nieudolności, niewydolności organizacyjnej, braku chęci i logiki oraz zdumiewającej, bezmyślnej wręcz rozrzutności.

Grzech pierwszy: brak inwestycji "na linii frontu". Nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że tak ogromna instytucja nie może poradzić sobie z gigantycznymi wręcz kolejkami w poszczególnych urzędach pocztowych. Owszem częściowo mają one swoją przyczynę w żenującej organizacji pracy (o czym nieco niżej), jednak nawet najlepsze chęci nie wystarczą, jeśli rosnące z roku na rok potrzeby ma załatwić w danym miejscu placówka z trzema okienkami, technologicznie osadzona w połowie XX w. Nic nie wymyślam, wystarczy zawitać na przykład do urzędu na krakowskim Ruczaju (przy ul. Kobierzyńskiej): kilkadziesiąt metrów kwadratowych, cztery okienka (w tym zazwyczaj trzy czynne) i  tłum ludzi, którzy rzadko kiedy mieszczą się wewnątrz. Szkoda, że nikt z odpowiedzialnych za funkcjonowanie placówek nie zauważył, że w ciągu ostatnich kilku lat liczba mieszkańców tej dzielnicy wzrosła chyba kilkunastokrotnie. Wprawdzie jakieś cztery lata temu powstała nowa poczta na Chmieleńcu, ale mało kto wie o jej istnieniu (zaszyta gdzieś obok garaży prawie w podziemiach w głębi osiedla), jest mikroskopijna i na dodatek nieczynna w soboty. Nic to jednak nie zmienia, bo mieszkańcy Ruczaju kodowo (administracyjnie?) przypisani są do urzędu na Kobierzyńskiej, więc po wszystkie przesyłki i tak muszą zjawić się właśnie tam. Awantury i chamstwo są wręcz nieuniknione, gdy przez trzydzieści pięć czy czterdzieści minut trzeba czekać na stojąco w ścisku i niewygodzie. Konkurencja tymczasem stawia kolejne paczkomaty...
Niepojęty jest również dla mnie fakt, że u progu drugiej dekady XXI w. wciąż w Poczcie Polskiej nie funkcjonuje system trackingowy dla przesyłek rejestrowanych. Wprawdzie coś tam się ogłasza, że już, niebawem taki system zostanie uruchomiony, ale jak można było z tym tyle lat zwlekać? Rozumiem, że skala zagadnienia i jego koszty są w tak rozbudowanej instytucji ogromne, ale tak naprawdę sam system z punktu informatycznego jest pioruńsko prosty, a jego uruchomienie we wcześniejszych latach radykalnie poprawiłoby jakoś usług tego przedsiębiorstwa, jego odbiór przez klientów, uprościłoby znacząco obsługę, częściowo rozładowało kolejki, zmniejszyło liczbę reklamacji, o tak oczywistym (choć nie najmniej ważnym) fakcie jak ograniczenie kradzieży przesyłek, która osiągnęła rozmiary plagi, już nawet nie mówiąc.

Grzech drugi: beznadziejna organizacja pracy. Ktoś z moich znajomych bronił ostatnio status quo PP, tłumacząc że taki kierownik (naczelnik?) urzędu pocztowego ma związane ręce i w gruncie rzeczy nic nie może zdziałać. Trudno mi się jednak z tym zgodzić: owszem, na fakt wystroju czy liczby okienek nic nie może poradzić, ale już kolejki dałoby się nieco rozładować i to przy zerowych nakładach finansowych – po prostu używając głowy. Za każdym razem, gdy stoję na poczcie w kolejce z pewną dozą fascynacji patrzę na pracowników miotających się po zapleczu w poszukiwaniu przesyłek uprzednio awizowanych, po które zgłaszają się klienci. To jest jakaś niekończąca się katastrofa: nikt nigdy (i to niezależnie od placówki) nie może znaleźć paczki czy listu, przesyłki leżą w jakichś pudłach i skrzynkach, kolejne dopytywania o datę doręczenia i adres budzą jedynie politowanie, nie wspominając o jednym z moich ulubionych (czyt. idiotycznym) pytaniu: „Nie wie Pan/Pani, co to była za przesyłka? I od kogo?” Czy naprawdę tak ciężko porobić jakieś regały na te przesyłki, nie mówiąc już o tak podstawowej sprawie, jak ich sensowne sortowanie?
Oczywiście jest mnóstwo kwestii, które faktycznie nie mieszczą się w kompetencjach kierowników urzędów. Jedna z moich ulubionych obserwacji dotyczy działania - skąd inąd niezłego - systemu kolejkowania Q-Matic wdrożonego w co większych urzędach. System sam w sobie prosty jak budowa cepa, ale skuteczny. Równie skutecznie może zostać sparaliżowany przez jego kretyńskie wdrożenie i brak jakichkolwiek zmian w działalności urzędu (bo jeśli zmiana konfiguracji systemu jest niemożliwa/droga, to może dostosować pracę urzędników do niego?). Jednym z moich ulubionych przykładów jest urząd pocztowy przy ul. Grochowskiej w Krakowie: dwa (czasem trzy) działające okienka, w tym jedno „paczkowe”, oczywiście klientów jest zawsze „mrowie a mrowie” (cytując Chmielewską), ale Q-Matic wcale nie pomaga w rozładowaniu kolejek. Wręcz przeciwnie – on je generuje! Otóż przy wejściu stoi konsola, na której można wybrać jedną z dwóch spraw do załatwienia: przesyłki listowe/opłaty/przekazy etc. oraz przesyłki listowe/opłaty/przekazy i paczki. Każdy, kto korzystał z tej poczty więcej niż raz i nie ma paczki do wysłania, bierze przy wejściu dwa numerki, do obu okienek. Efektem jest mnóstwo „pustych” numerów do każdego z okienek, które powodują jedynie wydłużenie czasu oczekiwania na obsługę. Jedna z takich sytuacji miała miejsce niedawno (to właściwie było tym impulsem, który zmusił mnie do napisania tego artykułu, do którego zresztą zabierałem się już od wielu miesięcy): długa obsługa przy okienku „paczkowym” jednego z klientów z kilkudziesięcioma paczkami (o tym zresztą za chwilę) spowodowała, że większość klientów czekających w kolejce albo została już obsłużona przy innym okienku, albo po prostu zrezygnowała, po czym drugie okienko zostało zamknięte. Sytuacja wyglądała więc tak, że na obsługę czekało ok. 15 osób z numerkami wyższymi o ponad 40-50 od aktualnie wyświetlanego, a pani w okienku cierpliwie przyciskała guzik systemu, który co kilkadziesiąt sekund wywoływał kolejny numer. Kilkanaście osób czeka i patrzy po sobie, przy okienku pusto i co chwilę tylko zmienia się numer na wyświetlaczu. Po małej awanturze okazało się, że system jest tak skonstruowany, że ani nie można przyspieszyć wywoływania kolejnych pozycji, ani nie można pominąć części kolejki. Tak więc pani sobie cierpliwie wciskała guzik, a cała reszta była już tym per saldo nawet ubawiona. A wystarczyło inaczej skonstruować system lub zmienić nieco organizację pracy…

Grzech trzeci: beznadziejna obsługa klientów biznesowych i „hurtowych”. Rozumiem, że Poczta Polska usiłuje prowadzić jakąś dziwnie pojętą dywersyfikację usług, ale najczęściej są to pomysły ad hoc wymyślone przez kogoś, kto pewnie zaraz po tym uciekł z kraju (typu sprzedaż biletów autobusowych) i niestety odbywa się to kosztem podstawowej działalności. Oczywiście, nie znam danych dotyczących sprzedaży gazetek i maści na odleżyny, niemniej jednak jestem przekonany, że lepsze efekty można było by osiągnąć zajmując się klientem biznesowym. Niepojęte dla mnie jest to, że w jednym z największych centrów biznesowych Krakowa (żeby znowu odwołać się do przykładu tego miasta) jakim jest Buma Square, jest maleńki urząd pocztowy, który praktycznie niczym się nie różni od innych: trzy okienka, szampony w gablotce i beznadziejnie długie kolejki, w których czeka się nawet 40 minut. Cały problem bierze się z braku stanowiska wydzielonego do obsługi firm i klientów zwanych przeze mnie hurtowymi, to znaczy takimi, którzy przynoszą do wysyłki po kilkadziesiąt listów/paczek i blokują tym samym okienko nawet na kilkadziesiąt minut. W przypadku wspomnianej placówki w Buma Square sądzę, że dobrym rozwiązaniem byłoby nawet wydzielenie pojedynczego stanowiska do obsługi klientów indywidualnych – wszak w BS mieszczą się dziesiątki firm i biur wszelkiego rodzaju, obok są jeszcze dwa biurowce, hotele, urząd skarbowy, sklepy, stacje benzynowe, szkoły i mnóstwo drobniejszych przedsiębiorstw i niemal w ogóle nie ma budynków mieszkalnych. Nie, z uporem godnym walki o niepodległość poczta dalej prowadzi w tym miejscu sprzedaż pocztówek i proszków do prania. To obrazuje zresztą kolejny problem tego przedsiębiorstwa, czyli brak aktywnych działań sprzedażowych PP (a w każdym razie niezauważalny z perspektywy przedsiębiorcy jej poziom) – AKTYWNA sprzedaż lub wypożyczanie frankownic wraz dodatkowym osprzętem (np. wag) przyniosłaby przecież Poczcie dodatkowe przychody, automatycznie rozładowując przy tym tłok w placówkach. Cóż, może jestem prostym laikiem niedostrzegającym złożoności problemu, nie widzę jednak ze strony Poczty Polskiej żadnych alternatywnych prób zmiany tego stanu rzeczy. No, chyba, że management tej instytucji uważa, że nie ma powodów do niepokoju, ale w takim razie ja nie mam pytań – czekam na silną konkurencję, która zmiecie tego dinozaura z rynku, bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że szkoda ludzkiej pracy oraz pieniędzy na pseudoratunkowe działania i podtrzymywaniu przy życiu trupa. Bo jeśli nie zmieni się nic w firmie, która wprawdzie funkcjonuje ponad 450 lat, ale coraz mniej przystaje do współczesnych realiów, to jest ona już trupem.

PS.: zapowiadałem, że w tym poście zaprezentuję kilka przykładów marnotrawstwa pieniędzy przez PP (ilustrowanych!), ale znowu zabrakło na to miejsca, więc nieuchronnie czeka Was część 3 moich wywodów na ten temat :)


piątek, 12 lutego 2010

Walentynkowo cz. 2


Do Walentynek jeszcze dwa kilkadziesiąt godzin, ciekawe, co jeszcze dobrego dostanę :)

Kilka dni temu pisałem o kretyńskiej reklamie z okazji Walentynek i byłem pewien, że trafi mi się jeszcze coś smakowitego przed tym świętem w tym roku. No i proszę - ściągam dzisiaj pocztę i co mi świeci prosto w oczy?





Zostań kwiatowym Casanovą!


Serio, nie kłamię - na dowód strzeliłem screenshota (nazwę firmy litościwie zamazałem, zresztą co im będę robił darmową reklamę). Przyznaję jednak, że do oferty tonerów z tej okazji to tej kwiaciarni daleko, wszak to przynajmniej kwiaty a nie łożyska :)

piątek, 5 lutego 2010

Bastion Poczta cz. 1

Biedna ta Poczta Polska - jeżdżą po niej wszyscy jak po łysej kobyle, pocztowcy skarżą się, że nie zarabiają na paczkach, listonosze strajkują, a - i to już jest najgorsze - niedługo będzie sobie musiała poradzić na zliberalizowanym rynku. Co do tego ostatniego to sam już nie wiem, kiedy to ma w końcu nastąpić: kiedyś była mowa o 2009 r., potem o 2011, a teraz widzę coś o 2013 roku. Problem w tym, że przesuwanie daty (nieważne już czy stoi za tym rząd RP czy Parlament Europejski) kompletnie niczego nie zmieni: to przedsiębiorstwo miało 20 lat na dostosowanie się do nadchodzących nowych reguł i gospodarki rynkowej w ogóle, ale przegapiło swoją szansę tyle razy i to tak konsekwentnie, że nie ma nadziei na jakąkolwiek poprawę. Jeszcze w drugiej połowie lat 90 ub. wieku miałem wrażenie, że komuś w tej firmie zależy na poprawie jej wizerunku i przede wszystkim jakości świadczonych usług, ale teraz straciłem wszelką nadzieję.

Z mojego punktu widzenia (jako klienta poczty) fatalna była druga połowa lat dziewięćdziesiątych XX w. Wtedy to - wielkrotnie częściej niż wcześniej - zacząłem bardzo intensywnie korzystać z usług pocztowych, głównie za sprawą rozkwitającego handlu internetowego. Potykałem się wówczas nieustannie na dwóch rzeczach: nieznajomości regulaminu własnej instytucji przez pracowników i notorycznych problemach z płatnościami. Sam nie wiem, co było bardziej irytujące, ale do białej gorączki doprowadzały mnie nieustanne pytania o zawartość przesyłki (bo na przykład koperta była gruba, ciężka, ewentualnie coś grzechotało w środku). Nie wysyłałem nic czego miałbym się wstydzić lub bać - ot, książki, czasem grę komputerową w pudełku, dość często tusze do drukarek. Nauczyłem się odpowiadać, że póki co to nie ich interes, przesyłka jest zgodna z regulaminem Poczty Polskiej, a jeśli ma wątpliwości, to niech wezwie policję, urząd skarbowy czy kogo sobie tylko życzy. Zaskakiwało mnie na przykład niezmiennie rzucanie haseł o "przesyłkach o wartości handlowej", które pod koniec XX w., wydawało mi się kompletnym absurdem (jak się dowiedziałem, takie pojęcie istniało w regulaminie jeszcze w poprzednim ustroju, więc do dzisiaj jestem zdumiony faktem, że przez kilka ładnych lat pracownik instytucji, który ma kontakt z setkami klientów nie został przeszkolony na okoliczność istotnych zmian regulaminowych. Nie mniej irytujące były ciągłe napomnienia dotyczące prawidłowego (w mniemaniu pani w okienku) wypełniania druczków przelewów. Niestety banków internetowych wtedy jeszcze nie było, ale za to pojawiły się tzw. mcbanki (Handlowy, ówczesne Millenium), które jako jedne z pierwszych odmiejscowiły rachunki już na starcie działalności. Zmieniło się również prawo bankowe, które przestało wymagać, aby podawać zawsze właściciela konta (na marginesie: do przelewu wystarczy sam numer konta, ale jeśli już się podaje nazwę/nazwisko, to bezwzględnie musi być ona prawdziwa). Zauważyli to ludzi odpowiedzialni za konstrukcję systemów informatycznych i druków, a niestety nie chciały zauważyć pracownice "liniowe", które z uporem pijanego maniaka kazały mi dopisywać miejscowość do numeru banku. Musiały być zaiste odporne na wiedzę, jeśli nie przekonywał ich nawet fakt, ze projektant druku nie przewidział miejsca na to (kazały dopisywać na marginesie akcydensu...), bo argumentację o tym, że dany bank nie ma oddziałów najwyraźniej generalnie uznały za kłamstwo.
Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby się mścić za doznane nieprzyjemności, tylko uzmysłowić, że poziom niekompetencji, niechęci do rynku i klientów był tak ogromny, że nawet próby reformowania tej instytucji od wewnątrz (a jest tam mnóstwo entuzjastycznie podchodzących do pracy ludzi) nie miały szans przynieść spodziewanego efektu.

Zaangażowania tych ludzi doświadczyłem również w wyżej opisanym okresie sprzed ponad 10 lat - po kilku irytujących przepychankach z szeregowymi pracownikami poczty stwierdziłem, że szkoda moich nerwów i kilka razy dzwoniłem do Dyrekcji Okręgu poczty Polskiej w Szczecinie (bo tam wówczas mieszkałem i tam te boje się toczyły). Tak naprawdę nie spodziewałem się cudów i tym większe było moje zdziwienie, gdy rzeczowo, sympatycznie i bez poczucia że jestem zbywany, byłem informowany o tym jak mam się zachować (np. zabrać paczkę i po prostu przyjść następnego dnia do urzędu pocztowego po interwencji działu reklamacji DOP), informowano mnie o moich prawach i interpretacji regulaminu, w ogóle bardzo chętnie również słuchano moich uwag. Skutki, choć nie następowały błyskawicznie, były zdumiewające jak na tę instytucję: pracownicy byli na bieżąco przeszkalani, coraz łatwiej było załatwić swoje sprawy na poczcie, powoli i stopniowo, ale jednak przestano czepiać się moich przesyłek i druków, ten jeden konkretny urząd pocztowy nawet "wyposażono" w kilku nowych, komptenetnych i miłych pracowników. To naprawdę robiło wrażenie. W tym samym czasie mniej więcej zaczęto modernizować placówki pocztowe, sporą część wyremontowano, generalnie powiało lekko czymś sensownym i nowym.

Cóż więc stało się potem, że czas jakby zatrzymał się w Poczcie Polskiej? Powtarzam, nie jestem pracownikiem PP, więc patrzę na to jedynie okiem klienta i czytelnika prasy. Komentatorzy w zasadzie zgodni są, że winę za obecną sytuację w PP ponosi brak przekształceń własnościowych i kosmiczne upolitycznienie kontroli i zarządu tak dużej instytucji.

Naprawdę bez żadnego problemu można dotrzeć do dziesiątek czy setek informacji prasowych na temat nietrafionych (nieprzemyślanych) inwestycji Poczty w różnej maści sortownie czy systemy informatyczne, na informacje o zarzutach o niegospodarność stawianych członkom kolejnych zarządów, odwoływaniu prezesów etc. - wystarczy kilka minut w Google, żeby zostać przytłoczonym tymi informacjami. Oczywiście, warto skupić się na jaśniejszych stronach, jak np. perspektywiczne utworzenie Banku Pocztowego, który zresztą całkiem nieźle radzi sobie w rankingach, inwestycje w infrastrukturę itd., jednak nie może to przesłonić faktu, że o ile zwiększa to przychody całej grupy, to nie przekłada się to w zasadzie w żaden sposób na poziom podstawowej działalności, czyli po prostu stricte pocztową obsługę różnego rodzaju przesyłek. Przykłady można mnożyć i bez odwoływania się do cytatów, wszak każdy z nas osobiście doświadcza długich kolejek w placówkach, gigantycznych opóźnień w przesyłce paczek i listów w okresie świątecznym, notorycznego gubienia i kradzieży przesyłek, strajków listonoszy w okresie największego zapotrzebowania na usługi pocztowe, kompletny bezwład organizacyjny na poziomie placówek.

To jednak jest temat na kolejne kilobajty obserwacji, więc ciekawostki przyrodnicze z obserwacji własnych - w następnym wpisie :)

poniedziałek, 1 lutego 2010

Z dziejów głupoty polskiej - walentynkowo

Czy ja już pisałem, że od lat korci mnie, żeby założyć jakiegoś bloga, albo coś podobnego na temat (za Bocheńskim) "Z dziejów głupoty polskiej"? Jak tylko zaczyna mi się wydawać, że być może się uodparniam, to zawsze, niezawodnie znajdzie się coś, co mnie rozbroi.

Ponieważ zaczyna się coroczne zawalanie skrzynki ofertami walentynkowymi, dzisiaj taki jeden mały przykład: mail reklamowy, który otrzymałem dwa lata temu na służbowy adres od pewnej firmy (której nazwę z litości przemilczę). Mniejsza o szczegóły, ale rozłożył mnie już tytuł, a kolorowe, duże hasło w środku to już był cios poniżej pasa:

Tytuł: Tonery na Walentynki


a w środku:

WALENTYNKOWA OFERTA REGENERACJI TONERÓW
W związku ze świętem zakochanych ogłaszamy promocję na regeneracje tonerów do drukarek laserowych

Jest tylko jedno wytłumaczenie: szpecu od marketingu w tej firmie coś wciąga :)))



I jak zwykle kilka komentarzy z poprzedniej lokalizacji bloga:

KŚ:
ćśś... dzień kobiet blisko... wtedy to dopiero będą promocje


Helaq:
tzn. jakie? Do każdej wiązanki 30 dkg gwoździ gratis? :)


MN:
ojejku, dossssskonałe. To ci dopiero konwergencja mediów :-D - medium: e-mail (internet) z medium: tradycja (walentynki) a jak to jeszcze trafiło na bloga to mamy konwergencje 2,5 (to 0,5 to właśnie blog, tez internet).
BUHAHAHA :-D

wtorek, 26 stycznia 2010

Dziura

Co najmniej raz w tygodniu musi się wydarzyć coś, co przypomina mi, że żyję w nieco dziwnym, a czasem śmiesznym kraju. I nie chodzi tu o politykę, bo to już się nawet nie nadaje do komentowania, ale o najzwyklejsze szare życie.

W ubiegłym tygodniu też się bez tego nie obeszło. Rzecz dzieje się na krakowskim Ruczaju. Jakiś najwyraźniej odmóżdżony jabolem kretyn ukradł kratkę ściekową tuż pod „moim” blokiem (swoją drogą twardziel :))
Po interwencji (bo przecież bez tego nie ma szans, żeby ktoś raz na kilka godzin przejechał radiowozem), przyjechała Straż Miejska, która zabezpieczyła dziurę tak:



Cóż, szczyt techniki to nie jest, ale rozumiem, że coś innego okoliczne żule też by ukradły.
Wydawałoby się, że najpóźniej następnego dnia ktoś odpowiedzialny za tę drogę powinien to naprawić. Nic bardziej mylnego – po dwóch dniach konstrukcja za to się rozrosła:


W piątek „zabezpieczenie” dalej się przepoczwarzało:


Nie chce mi się tego już nawet fotografować, dzisiaj mija 9 dzień (!), a dziura dalej straszy i utrudnia życie. Zastanawia mnie, co trzeba zrobić lub – odpukać! – co musi się stać, żeby odpowiedzialna instytucja (Spółdzielnia Mieszkaniowa Ruczaj-Zaborze? Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego? „Wodociągi” krakowskie?) zajęła się wcale nie tak błahym problemem, skoro nie pomaga telefon do Straży Miejskiej? Mam tak kogoś wrzucić? Wjechać specjalnie samochodem? Ciekaw jestem również, czy ktokolwiek ze Straży Miejskiej poinformował odpowiednią instytucję, w końcu ewentualne egzekwowanie obowiązków codziennym mandatem powinno poskutkować. Mam jednak wrażenie, że wszyscy od A do Z mają to centralnie w poważaniu...

[Opublikowane pierwotnie 2008-09-03]



Poniżej wybrane komentarze z oryginalnej lokalizacji bloga:

TB:
Proszę zauważyc jaką ma to piękną wartość symboliczną-wciśniete drzewko (?)obute w taśme w polskie barwy narodowe w jakiejś dziurze która nikogo nie interesuje choć jest pod blokami przeciez licznie zamieszkalymi...prawdziwy pomnik narodowy !



MZ:
Genialne!!! Proponuję w Dziurę wepchać wypchane spodnie dżinsy wraz z przyklejonymi trampkami tak, aby wyglądało na to, że właśnie ktoś do Dziury wpadł. Później zadzwonić do Straży Miejskiej, na Policję i Wydziału Komunikacji, że wydarzył się wypadek. Może w końcu ktoś zareaguje...?

AL:
no to ja proponuje pójście dalej - do trampek i jeansów dodać odblaskową kamizelkę MPO i zgłosić jako wypadek ...

AK:
Pomysł ze spodniami niezły, ale ja bym wetknęła do dziury damskiego manekina do góry nogami i założyłabym lalce szpilki. Obok takich nóg nikt nie przejdzie obojętnie i sprawa zostanie załatwiona piorunem.

Helaq:
dzięki za pomysły, ale jakoś (telepatycznie?) odpowiednie służby się dowiedziały o dziurze i następnego dnia po tym poscie wstawili tam nową kratkę. Ale ten "prawdziwy pomnik narodowy" mnie rozłożył na łopatki :))

UD:
może czekają aż zakwitnie, stanie się narodowym pomnikiem przyrody ;)

KL:
Heheheheh, po prostu prawdziwa "kreatywność" nie zna granic... ;-)

DS:
Dziura rozbawiła mnie do łez, a właściwie sposób jej opisania i tylko przychodzi mi do głowy niestety smutne: "oto Polska właśnie !"

poniedziałek, 25 stycznia 2010

po co komu dzieci?

"jedną z zalet posiadania dziecka jest możliwość bezkarnego uwalniania wewnętrznego idioty" (by eof)
:))

Święta prawda, coraz częściej przyłapuję się na robieniu rzeczy, których wcześniej nawet po pijanemu bym nie zrobił (np. tańczenia) :)



wtorek, 19 stycznia 2010

Meldunek, niedorzecznik i wybory

Właśnie mnie prawie trafił szlag:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7471026,Bedzie_rewolucja_meldunkowa__ale_dopiero_po_2014_roku.html

Tak w skrócie chodzi o to, że wbrew zapowiedziom, obowiązek meldunkowy zniesiony będzie najwcześniej w 2014 r. Powód banalny: trzeba dać czas urzędnikom na dostosowanie się do tych przepisów i dostosować różne przepisy prawne dotyczące różnych sfer państwa, np. pomocy społecznej, szkolnictwa etc. No do jasnej ciasnej, to co te cholerne nieroby robiły przez rok (bo tyle trwały w parlamencie prace nad tą ustawą)?! :/

Tak jakby dla rozluźnienia atmosfery zobaczyłem przed chwilą bajdurzenia niedorzecznika Kochanowskiego o trybunałach i Strasburgu w kontekście jego rzekomej świńskiej grypy. Cóż, podejrzewam raczej, że w jego przypadku to gąbczaste zwyrodnienie mózgu, albo inna choroba, która robi kisiel z tego narządu. Od tygodni nie mogę wyjść ze zdumienia, że ten ramol jest wciąż na stanowisku - przecież człowieka, który takich kosmicznych bzdur nawygadywał w tak krótkim czasie nie można traktować poważnie, a co dopiero utrzymywać go z publicznych, niemałych pieniędzy.

Te matoły po jakby nie zauważyły, że do ostatnich wyborów jakieś 2/3 ludzi nie poszło, a przecież to właśnie jest przyczyna. To, to znaczy pseudopolitycy, ich indolencja, arogancja i niekompetencja. Jak mi jeszcze raz ktoś choćby zasugeruje, żebym poszedł na wybory, to ostrzegam - odgryzę głowę.

piątek, 15 stycznia 2010

Nie szukaj serwisu sprzętu w necie. Szkoda czasu.


Każdemu czasem coś się psuje. Na przykład kuchenka. Kiedyś pewnie złapałbym książkę telefoniczną i zmarnował kilkadziesiąt minut na szukanie fachowca-serwisanta i dzwonienie. Jest jednak XXI wiek, 15 milionów internautów w kraju, a ja mam laptopa na kolanach, więc oczywiście wklepałem nieszczęsnego Mastercooka w wyszukiwarkę. O, jest mastercook.pl, więc w pierwszym odruchu klikam tam. Uuuuu, paskudne to jak nocna ulewa i przestarzałe, ale wszak przyszedłem tu w konkretnym celu, a nie żeby oceniać layout i ux. Chwila klikania i jest mapka - klikam na małopolskie et voila:


WWW podbiło świat między innymi dzięki łatwości przekazywania informacji i jej dostępności dla każdego, nawet najbardziej nietechnicznego osobnika, ale najwyraźniej o tym nie wiedzą w FagorMastercook czy jak się to tam teraz nazywa. Mało tego: brak adresów mailowych, bezpośrednich telefonów i podawanie w ich miejsce wyłącznie numeru 0703 (progresywna stawka co minutę), to lekko chamska zagrywka. Wygląda na to, że producent chce dodatkowo zarabiać na tym, że produkuje buble, zamiast maksymalnie ułatwić życie swoim klientom i dbać o swój wizerunek. Cóż, z PR-u pała, szanowni państwo :/

Pomyślałem sobie jednak, że zobaczę, jak to jest u konkurencji - Amica przecież dość popularną (jak na nasz grajdołek) noworoczną aplikację na Facebooku odpaliła, to może tam lepiej dbają o klienta? No, witryna lepsza, choć bez ekstazy, informacje zdecydowanie sensowniejsze, ale najbliższy serwis wg mapki na amica.com.pl mieści się w Chorzowie. Miałbym wymontować kuchnię i zawieźć ją z Krakowa? Eeeech... Odechciało mi się sprawdzać u innych producentów. Teraz już mi się nie chce, bo wcześniej szukałem ofert ubezpieczeniowych przez net (o tym nastęonym razem), ale w poniedziałek poszukam serwisanta Mastercooka w Krakowie i na pewno przy tym nie skorzystam z ich firmowej strony, bo - jak w tytule - szkoda czasu.

Nad kolejnym sprzętem tej marki pewnie też się poważnie zastanowię :P

czwartek, 14 stycznia 2010

Duma po japońsku

Zawitałem ostatnio do serwisu ze swoim samochodem i traf chciał, że nie byłem przygotowany na dwugodzinne czekanie na jakąś drobną naprawę. Z nudów obejrzałem więc cały salon, serwis, otoczenie, a gdy pogoda zapędziła mnie z powrotem do wnętrza, to zacząłem czytać wszystkie foldery i ulotki, które znalazłem. Sam nie posiadam japońskiego samochodu, ale tam różne marki sprzedają i obsługują, więc stał osobny stojaczek z materiałami Nissana. I tak oto trafiła mi się perełka:

jakiś mędrek marketingowy Nissana napisał:
"Uczucie dumy, które Cię ogarnia gdy wsiadasz do Nissana NOTE, może być jeszcze większe wraz z naszymi oryginalnymi gałkami dźwigni zmiany biegów, dywanikami i aluminiowymi nakładkami na progi."


Jeśli ktoś nie ma pojęcia o motoryzacji, to wyjaśniam:
  • po pierwsze to Nissan (a można by pomyśleć, że Mercedes lub inszy Lexus)
  • Nissan Note to małe miejskie auto i do tego trochę pokraczne (co akurat u Nissana jest normą).
Nie naśmiewam się z posiadaczy małych samochodów, sam niczym luksusowym nie jeżdżę, ale teraz sobie wyobrażam jacy dumni muszą być posiadacze np. Kia Pride*... ;)









* To było najgorsze auto, jakim w życiu jeździłem

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Nieustające déjà vu

Już chyba jakieś kilka kilka tysięcy razy doznawałem swoistego déjà vu, polegającego na spotykaniu się praktycznie co dzień z czymś, co powoduje, że stwierdzam, iż już mnie tu chyba nic nie zdziwi. I co? I następnego dnia to samo - i tak w koło Macieju od lat. Czasem są to sprawy duże, a czasem zupełne drobiazgi, ale zawsze... I pomijam już idiotów-oskarżycieli Teletubisiów, bo to granice pojmowania przekracza. Dzisiaj dla przykładu było coś małego, ale życie potrafi uprzykrzyć.

Jesienią ubiegłego roku zafundowałem sobie nowe okulary, przy czym zaznaczam, że jestem z nich zadowolony, ale do starych miałem dopasowane specjalne nakładki przeciwsłoneczne (wszak czasem przydają się człowiekowi ciemne szkła, szczególnie za kierownicą) i teraz już musiałem sprawić sobie nowe. Jesień była, więc nikt już ich nie sprzedawał i poproszono mnie, żebym się wiosną stawił w "salonie". Zacząłem dopytywać się o nie już w lutym (i tak co kilka tygodni). Wreszcie dzisiaj okazało się, że są, ale... za jasne i brzydkie, a te lepsze się już skończyły. Mieli tylko kilka sztuk. I teraz najlepsze: nie będzie już, bo już nie będą zamawiać! Ludzie, jeszcze maj jest, lato jeszcze przed nami! Przyznam, że mi szczęka opadła ze zdumienia, szczególnie, że takie nakładki to ładnych kilkadziesiąt zł kosztują. O co tu chodzi? Przecież to jest zupełnie jak za głębokiej komuny.

Już tylko dla porządku dodam, że to nie jedyny superhipersalon optyczny, jaki odwiedziłem - gdzie indziej ograniczyli się do krótkiego warknięcia "nie ma!" (prym tu wiedzie znana firma na "V", czyli czołowi zdziercy w tej branży).

Optyk i okulary są drobiazgiem i w tym miejscu tylko pretekstem, żeby opisać, o co mi chodzi, ale w zasadzie mógłbym kilka razy w tygodniu pisać w tym czy innym miejscu o swoich "przygodach", tylko czy warto się denerwować? A może tylko mnie szlag trafia na ogólnonarodowe mesjanistyczno-warcholsko-chamskie oszołomstwo? Czy tylko ja jestem jakieś popieprzony, a inni już krzyżyk na tym kraju postawili i po prostu żyją spokojniej? No tak, parę ładnych tysięcy na przykład w Londynie... Dziwne?


[pierwotnie opublikowane 2007-05-28]

piątek, 1 stycznia 2010

Dziennikarzu, nie daj się pokonać miernocie!

Każdy chyba widzi, że poziom dziennikarstwa internetowego jest generalnie na fatalnym poziomie. Tego w zasadzie często nawet nie można nazwać dziennikarstwem, albowiem żenujące braki widoczne są nie tylko w warsztacie dziennikarskim, ale nawet w znajomości języka polskiego. Co gorsza, w pogoni za sensacją, chwytliwym tematem, czy po prostu dla cięcia kosztów, ta tendencja jest coraz bardziej widoczna też w tradycyjnych mediach czyli w prasie, radio i telewizji. W niektórych stacjach radiowych dobijają mnie na przykład jakieś dziwne opowieści prowadzących o jakichś bzdetach typu "ten kawałek jest taki świetny, że ustawiłem sobie to jako budzik w telefonie" (w ustach jednego z radiowców słyszałem to już chyba ze trzy razy, bueee...), zdarzyło mi się też pisać o tworzeniu artykułów o niczym i z niczego.

Niestety, telewizja też nie jest wolna od tej choroby. W sylwestrowy poranek w "Dzień dobry TVN" niejaka Anna Wendzikowska prowadząc króciutki wywiad z aktorem Samem Worthingtonem ("Avatar"), na pierwszy ogień wypuściła z siebie pytanie: "Czy sądzi Pan, że ta rola może być punktem zwrotnym w pańskiej karierze?"

Jako żywo stanęła mi przed oczami widziana w "Notting Hill" scena wywiadu z aktorem, który nie czuł się emocjonalnie związany ze swoim bohaterem, bo grał krwiożerczego cyborga-psychopatę. I podobnie w rzeczonym wywiadzie dla TVN: pytanie drugoligowego, niemal nieznanego przeciętnemu widzowi do tej pory aktora, czy główna rola w najdroższym i jednym z najbardziej niezwykłych filmów w historii (niezależnie od indywidualnych ocen) może być punktem zwrotnym jest tak idiotyczne, że nawet się tego komentować nie chce. Ja wiem, że pani redaktor pewnie całą noc nie spała myśląc nad pytaniami, ale w takim razie może czas zmienić zainteresowania i zająć się np. robieniem programów nie wymagających takiej ogromnej kreatywności? :P

Nie jest moim celem dogryzanie żadnej konkretnej osobie, tytułowi, czy stacji TV - kiedyś sądziłem po prostu, że takie żenujące wypociny, jak wielokrotnie wyśmiewana w internecie relacja z otwarcia pierwszego w Warszawie Starbucksa na gazeta.pl kilka miesięcy temu, są krótkotrwałym epizodem w działalności mass mediów, ale powoli tracę tę wiarę. Czy taka bezmyślna, trącąca amatorszczyzną papka jest naszą nieuniknioną przyszłością? Z Nowym Rokiem życzę sobie i wszystkim czytelnikom bardziej optymistycznej alternatywy :)

Tagi

agd (1) agile (2) Agile tuning (2) amica (1) antysemityzm (1) autoserwis (2) biurokracja (2) blog (1) blog polityczny (1) blogger (1) brak tematów (1) branding (2) Chiny (1) content (1) czas wolny (1) dane osobowe (2) defekt muzgó (1) dziecko (1) dziennikarstwo (2) dziura (1) edukacja (1) ekologia (2) employer branding (1) etyka marketingu (1) ezoteryka (1) fail (3) felieton (1) fiat (3) foto (3) fotoblog (1) fun (1) głupi marketing (5) głupota (2) google (1) gospodarka (1) handel (2) hipermarkety (1) hr (1) hrcamp (1) idea (2) indywidualizm (1) informacja (1) innowacyjność (1) instrukcja (2) internet (5) it (1) jacek gadzinowski (1) jan nowicki (1) komiks (1) konferencja (2) kontakty (2) Kraków (1) król dawid (1) kurnik (1) mandat (2) manpower (1) marka (1) mastercook (1) matka kurka (1) misja (1) networking (2) niefrasobliwość (1) niegospodarność (1) nissan (1) obsługa klienta (7) ochrona środowiska (2) organizacja (2) pazerność (1) piłka nożna (1) poczta polska (2) polactwo (1) polemika (1) policja (1) polityka (3) polska polityka (1) pomnik (1) pr (1) prasa (3) prawo (3) profeo (1) project management (2) promocje świąteczne (1) przestrzeń publiczna (3) raport (1) reklama (3) rozwój (1) sąd (1) serwis (1) slogan (2) social media (3) społeczeństwo (1) społeczności (1) szkło kontaktowe (1) translator (1) treści (1) trudny klient (2) tv (1) viamot (2) walentynki (2) web 2.0 (2) więzi społeczne (1) współpraca (1) wykroczenie (2) z dziejów głupoty polskiej (4) zapalenie jaźni (1) zarządzanie (1) zdjęcia (1) znajomi (2)