piątek, 9 września 2011

Brave new world

Byłem dzisiaj świadkiem świetnej sceny. W restauracji obok biura, do której wpadliśmy na obiad, siedziało siedmioro staruszków, prawie same kobiety - na oko średnia wieku pod osiemdziesiątkę, z pewnością nikt nie miał mniej niż 75 lat. Czekając na zupę, przez przypadek usłyszałem, o czym rozmawiają i z wrażenia najpierw opadła mi szczęka, a chwilę później się szczerze uśmiechnąłem. Strzępki rozmowy, które do mnie dotarły, brzmiały mniej więcej tak:
- Słuchaj, musisz mieć na Skype (...)
- Zainstalowałam to sobie, ale (...)
- Ale wiesz, ten mój antywirus mi wyświetla komunikat (...)
- Ależ Zosiu, powinnaś wejść tu i tu i zmienić ustawienia na (...)

Bez strachu, kompleksów, sensacji, uprzedzeń - po prostu normalna rozmowa użytkowników (a właściwie użytkowniczek) komputerów, przy czym dało się wyczuć fascynację, a nawet pewną frajdę z odkrycia fajnego, nowego świata. 



Bardzo mi to poprawiło humor również dlatego, że było to świeże, autentyczne, bez żadnego szpanu i puszenia się. Jakże odświeżające po wszystkich geekowskich imprezach branżowych i innych barcampach. Warto czasem zejść z tej wieży z kości słoniowej o nazwie "IT", żeby zobaczyć dla kogo tworzymy te nasze technologie, kto tego potrzebuje i jak bardzo jednak zmienia się świat.


PS.: kolega uświadomił mi później jeszcze jeden aspekt tej scenki: świadczy ona również o tym, jak szalenie ucywilizowały się technologie informatyczne w ciągu ostatnich kilkunastu lat. To jest bardzo optymistyczne i daje solidny zastrzyk pozytywnej energii do pracy :)





piątek, 2 września 2011

"E-podręczniki nie zastąpią papierowych". Doprawdy?

Po publikacji ostatnich planów Ministerstwa Edukacji Narodowej rozgorzała w sieci dyskusja na temat sensowności pomysłów dotyczących wprowadzenia na szeroką skalę e-podręczników. Zalet takiego rozwiązania jest oczywiście mnóstwo, wady też się pewnie znajdą, nie jest jednak moim celem udawanie mądrzejszego niż jestem - skuteczniej niż ja zajmą się tym zagadnieniem bloggerzy lepiej obeznani z rynkiem e-książek (np. http://swiatczytnikow.pl/e-podreczniki-wiecej-pytan-niz-odpowiedzi/ wraz z komentarzami).

Dyskusja trwa, również ceniony przeze mnie Marek J. Minakowski zabrał w niej głos. Na swoim blogu (http://minakowski.tek24.pl/242,e-podreczniki-nie-zastapia-papierowych-nigdy) właśnie wyłożył tezę, której moim zdaniem obronić jednak nie sposób. Wywód, jakkolwiek logicznie prawidłowy, jest w moim mniemaniu merytorycznie błędny - być może problemem jest tu określenie wiedzy jako takiej, ale zgodnie z definicją encyklopedyczną zakładam, że jest to "ogół wiarygodnych informacji o rzeczywistości wraz z umiejętnością ich wykorzystania".

W świetle takiego pojęcia wiedzy, absolutnie fałszywa wydaje mi się teza, że nauczyciel w procesie edukacji stał się zbędny oraz, że obecne nauczanie jest parodią formy "oryginalnej". Określenie "parodia" sugeruje wynaturzenie i zatracenie tej oryginalnej formy, ale kto powiedział, że ta pierwotna forma była ostateczna i najlepsza? Jak wszystko na świecie również edukacja ulegała ewolucji, a w świetle niezwykłego rozwoju technologii informacyjnych ostatniego stulecia (o dwóch ostatnich dekadach już nawet nie mówiąc), oczekiwanie że edukacja zachowa tę "prawdziwą" formę jest... szalone? :)

Ten sam rozwój technologiczny (a za nim i kulturowy) definiuje zarazem konieczną zmianę w podejściu do zawodu nauczyciela: kilkaset lat temu był pierwszą i ostateczną instancją, alfą i omegą oraz często jedynym medium, które wiedzę przekazywało. Na przestrzeni wieków nie tylko coraz dostępniejsze były podręczniki, ale zmieniał się system dystrybucji informacji: pojawiła się prasa, telegraf, radio, telewizja, a już eksplozja internetu uczyniła dostęp do wiedzy prawdziwie powszechnym. Rolą nauczyciela powinno być obecnie nie tyle przekazywanie wiedzy, ale bycie drogowskazem i mentorem, guru który pomoże interpretować te informacje, a nie ją po prostu upychać w głowach. Nie bez kozery wszak istnieje klasyfikacja wiekowa filmów czy treści multimedialnych - dzieci i młodzież nie są po prostu w stanie prawidłowo interpretować pewnych zjawisk bez doświadczenia i pomocy dorosłych. Podobnie jest z wiedzą "szkolną" - żaden podręcznik nie nauczy reguł prawidłowego myślenia czy postępowania (wystarczy tu wspomnieć choćby tak banalną kwestię, jak sama nauka czytania, bez której przyswajanie zawartości książek w jakiejkolwiek formie nie będzie możliwe).

I tu właśnie dochodzimy do kluczowego elementu mojego sporu z artykułem p. Marka: nauczyciele w jakiejś formie - ożywionej lub nie ;) -  będą potrzebni zawsze i forma podręczników na to wielkiego wpływu nie będzie miała. Oczywiście, wraz ze zmianą form dystrybucji zmieniać się będzie rola nauczyciela i jego miejsce w systemie edukacji, niemniej to miejsce samo w sobie jest chyba niezagrożone.

Inną kwestią pozostaje sam spór o e-podręczniki w Polsce, bo jakkolwiek propozycja p. minister Hall jest moim zdaniem słuszna (i ja jej kibicuję), to jednak cały system nauczania w naszym pięknym kraju jest tak przerażająco niewydolny i zacofany, że zastanowić się należy, czy faktycznie jest to najważniejszy temat. No, ale cóż, zagadnienie ciepłej wody w szkołach jest już rozwiązane (przynajmniej formalnie: http://lex.pl/serwis/du/2010/1408.htm), to uznano widocznie, że czas przeskoczyć do kolejnego etapu rozwoju cywilizacyjnego. Szczególnie, że nieuchronnie zbliżają się wybory.



poniedziałek, 11 października 2010

Znak czasu?

Mała refleksja po zakupach w Decathlonie: kółko do kręcenia zadkiem z nieznanych mi przyczyn zwane "hula-hop", czyli kawałek zawiniętej plastikowej rury (20 zł! o.O) na etykietce ma napis "Made in France".
Hm, dwa laptopy i całe tony elektroniki w moim domu wyprodukowano w Chinach - nic nowego, prawda?
Oczywiście, ten kraj już od dawna jest gigantem światowej gospodarki i chyba już tylko kompletnie odklejeni od rzeczywistości ludzie postrzegają go jako źródło taniej siły roboczej zajmującej się kleceniem w szopach krzywych, rozpadających się zabawek. Połączenie olbrzymiej produkcji z wielkimi zasobami finansowymi, rozdawaniem kart na rynku metali ziem rzadkich, niewyobrażalnym zapotrzebowaniem na energię itd., a także wciąż niejasnej w perspektywie nadchodzących dziesięcioleci sytuacji społecznej daje mieszankę, której nie można się nie obawiać. Ale to wciąż są sprawy, wydawałoby się, oczywiste.

Nie wiem dlaczego, ale to dzisiejsze zestawienie plastikowego bzdeta z produktami hi-tech z kraju kojarzącego się niegdyś raczej z tym hula-hop jakoś nie nastroiło mnie pozytywnie. Czy jesteśmy skazani nieodwołalnie na taką zamianę ról? W kontekście przejęcia polskiej fabryki Della przez Foxconn to wcale nie jest takie niewyobrażalne. Mam wrażenie, że chińscy podwykonawcy amerykańskich firm produkują dla nich towar (i to w Europie) chyba już tylko z grzeczności. I kto tu jest tanią siłą roboczą?


  

piątek, 3 września 2010

Jak osiągnąć sukces w social media?

Każdy zna się na mediach społecznościowych, a w każdym razie większość z tych, którzy z nich korzystają. Przecież to prostsze niż medycyna czy prawo, a nawet niż piłka nożna. Skoro gram w "Farmville" na Facebooku i wrzucam regularnie zdjęcia spod piramid (obowiązkowo na quadzie) na nk.pl, to chyba wiem o czym mówię.

Ba, ale wakacje się skończyły i czas zarobić na życie, a ja mam przecież firmę, sprzedaję ubranka dla dzieci, a dzieci przecież każdy lubi. Wszyscy mówią, że trzeba działać w serwisach społecznościowych, szczególnie na Facebooku, to chyba czas wziąć się do roboty. Od czego by tu zacząć? Słyszałem, że Twitter jest taki popularny, ale tam po angielsku trzeba pisać... O, ktoś mi mówił, że Blip to taki polski Twitter, to może tam zacznę? 

No, profil już mam - oto on:


Wygląda na to, że nawet ktoś o mnie zaczął pisać :))



poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O jednym takim, co sieć ukradł

Bardzo interesujący news właśnie znalazłem na Internet Standard - admin sieci municypalnej San Francisco został skazany za swoiste "przechwycenie" tejże sieci (najwyraźniej jako formy szantażu wobec byłego (?) pracodawcy).
Mój przyjaciel*, z którym zresztą miałem przyjemność pracować w kilku firmach, powiedział kiedyś (a obaj pracowaliśmy wtedy jako administratorzy systemów), że adminom płaci się w pierwszej kolejności za lojalność, w drugiej za dyspozycyjność i dopiero w trzeciej za wiedzę. Zawsze się z tym w pełni zgadzałem, a wyżej cytowany przykład tylko to dobitnie potwierdza. Cóż, administratorzy systemów informatycznych w instytucjach publicznych, finansowych, w służbie zdrowia, wojsku i kilku jeszcze instytucjach powinni chyba przechodzić  jednak przez dodatkową weryfikację dotyczącą właśnie uczciwości i lojalności. Czy ktoś mam wiedzę o tym, czy gdzieś poza policją i służbami specjalnymi taką weryfikację się prowadzi?

Oczywiście innym problemem są administratorzy prywatnych sieci i serwerów, którzy często są po prostu idiotami (vide znany powszechnie w branży internetowej właściciel Kurnika - http://www.kurnik.pl/blog/?20090806), ale na to paragrafów nie ma... Swoją drogą myślałem, że to poważniejszy człowiek.


* - pozdrowienia Grzechu :)



czwartek, 29 lipca 2010

Fotograficzni analfabeci

Tak sobie oglądam różne zdjęcia na Flickr i po raz kolejny widzę, że z internautami jest gorzej niż z telewidzami (bo telewidzowie w swej masie są odmóżdżeni, ale przynajmniej nie piszą...) Miliony zdjęć, w jakichś 80 procentach o niczym, nadętych, niepoprawnych technicznie, a wręcz badziewnych, ale przy dużej części tego badziewia achy i ochy (czasem ich dziesiątki) o jakimś klimacie, sztuce, genialnym zdjęciu etc. Ludzie, te zdjęcie są przeważnie tak nędzne, że wstyd je oglądać, a co dopiero je chwalić!
To, że zdjęcie jest np. tak ciemne, że ledwo można rozpoznać obiekt, a przy tym ma białą poświatę z boku i szarą "mgiełkę", to oznacza, że autor po prostu nie ma zielonego pojęcia o technicznym aspekcie fotografowania i słowo "ekspozycja" nie należy do jego słownika, a nie o jakimś wyimaginowanym klimacie. Jeśli dodać do tego widoczny na pierwszy rzut oka brak pojęcia o zasadach kompozycji, to znaczy, że uciekał z lekcji plastyki w podstawówce, a nie o jego artystycznej wizji.
Świetna funkcjonalność i wielkość Flickra sama w sobie powoduje problemy, bo tak na pierwszy rzut oka jest to po prostu gigantyczny śmietnik, choć faktycznie daje się go po jakimś czasie nieźle ogarnąć. Mam tutaj jednak skromny apel do tych, którzy naprawdę chcą fotografować, a nie pstrykać bzdety: jeśli chcecie się nauczyć robić dobre zdjęcia, to serwisy typu Flickr czy Picasa są ostatnim miejscem, gdzie się tego nauczycie. Są inne, wyspecjalizowane serwisy fotograficzne, gdzie znaleźć można rzetelny, sensowny (przeważnie) i fachowy (często) komentarz do własnych zdjęć. Nie mówię, żeby nie korzystać z wyżej wymienionych, ale o to, żeby myśleć co i gdzie się umieszcza.

No i mam już temat do kolejnej notki, bo opowieść o tym który serwis tego typu jest najlepszy to dłuższa bajka :)


PS.: z drugiej strony, czy można wymagać od kogoś, kto swoje gołe cycki z pijackiej imprezy umieszcza na nk.pl, żeby rozważnie korzystał z witryn fotograficznych...?



niedziela, 25 lipca 2010

Jak zaspokoić jego boga za ciężkie przestępstwa?

Znalazłem genialny opis gry. Muszę ją mieć! :)
Zbuduj imperium, z jego więzy chacie! Się w rolę cesarza 300-letnia stary przeklęty żyć bez jego prawdziwej miłości, dopóki nie zaspokaja jego boga za ciężkie przestępstwa. Zbieraj surowce, nowe narzędzia badawcze i budować większe i lepsze hotele jak dbać o ludzi i przyciągnąć nowych mieszkańców do krotnie. Wyposażony wybitne grafiki i zapierające dech w piersiach ocena, Settlement: Colossus jest tak epickie jak to jest ekscytujące!
Nie ma chyba tygodnia, żebym nie dostał jakiejś fajnej oferty biznesowej z Chin czy innego Tajwanu tłumaczonej translatorem, ale to mnie naprawdę ubawiło - chyba głównie dlatego, że taki opis wrzuciła jakaś Polka na swoją stronę. Matołectwo postępuje  :)



Tagi

agd (1) agile (2) Agile tuning (2) amica (1) antysemityzm (1) autoserwis (2) biurokracja (2) blog (1) blog polityczny (1) blogger (1) brak tematów (1) branding (2) Chiny (1) content (1) czas wolny (1) dane osobowe (2) defekt muzgó (1) dziecko (1) dziennikarstwo (2) dziura (1) edukacja (1) ekologia (2) employer branding (1) etyka marketingu (1) ezoteryka (1) fail (3) felieton (1) fiat (3) foto (3) fotoblog (1) fun (1) google (1) gospodarka (1) głupi marketing (5) głupota (2) handel (2) hipermarkety (1) hr (1) hrcamp (1) idea (2) indywidualizm (1) informacja (1) innowacyjność (1) instrukcja (2) internet (5) it (1) jacek gadzinowski (1) jan nowicki (1) komiks (1) konferencja (2) kontakty (2) król dawid (1) kurnik (1) mandat (2) manpower (1) marka (1) mastercook (1) matka kurka (1) misja (1) networking (2) niefrasobliwość (1) niegospodarność (1) nissan (1) obsługa klienta (7) ochrona środowiska (2) organizacja (2) pazerność (1) piłka nożna (1) poczta polska (2) polactwo (1) polemika (1) policja (1) polityka (3) polska polityka (1) pomnik (1) pr (1) prasa (3) prawo (3) profeo (1) project management (2) promocje świąteczne (1) przestrzeń publiczna (3) raport (1) reklama (3) rozwój (1) serwis (1) slogan (2) social media (3) społeczeństwo (1) społeczności (1) szkło kontaktowe (1) sąd (1) translator (1) treści (1) trudny klient (2) tv (1) viamot (2) walentynki (2) web 2.0 (2) więzi społeczne (1) współpraca (1) wykroczenie (2) z dziejów głupoty polskiej (4) zapalenie jaźni (1) zarządzanie (1) zdjęcia (1) znajomi (2)